Pojutrze znowu wtorek.
"Znowu", bo czas jakoś straszliwie szybko pędzi.
Ten wtorek, który nadciąga NA SZCZĘŚCIE jest dniem wolnym od zajęć, ale następny...już spędza mi sen z powiek (i bez tego ciężkich z powodu braku snu).
Czy to możliwe, żeby wtorek był powodem jakiegokolwiek stresu???
Ależ tak.
Od tygodnia-wtorek to dla mnie ZMOREK.
Jako nauczyciel „nawiedzony”, niosący swój mały kaganek oświaty z wiarą w sens tej czynności, niepomny na przestrogi matki (nie-nauczycielki), ojca (nie - nauczyciela), brata(nie-nauczyciela),męża (nie-nauczyciela) wujków, ciotek i znajomych (oczywiście -nie-nauczycieli)…ostrzegających mnie chórem, że to jest hobby, nie praca, że nakład takiej energii i czasu, jaki wkładam w swoje dziwne zajęcie życiowe,włożony w jakiekolwiek inne…przyniósłby
a) znacznie mniej stresów
b ) znacznie więcej czasu dla siebie
c ) znaaaacznie więcej czasu dla rodziny
d ) znacznie mniej rozczarowań
e) znaaaacznie więcej satysfakcji…nie mówiąc o innych, oczywistych zyskach…..
Zatem, jako belfer idealista -postanowiłam, jak co roku, zorganizować tajne komplety-czyli cykl zajęć z języka polskiego dla maturzystów.
Wprawdzie w zeszłym roku, kiedy na zajęcia pozalekcyjne, CAŁKOWICIE BEZPŁATNE, DOSTOSOWANE TERMINEM DO GRAFIKA UCZNIÓW, uczęszczało około ośmiu osób (!!!),zapał mój niezachwiany począł nieco słabnąć…
Jednak teraz, kiedy przygotowuję do matury aż trzy klasy maturalne(a w żadnej z nich nie uczyłam od pierwszej klasy) stało się jasne, że bez lekcji uzupełniających się nie obejdzie.
Ku mojej nieopisanej radości, uczniowie domagali się ich energicznie.
Wiele osób naciskało nawet, żeby było to kilka godzin tygodniowo.
Serce rosło.
Taka postawa godna jest maturzysty.
No, no, no….
Zaczęłam nawet obawiać się, że rozczaruję pełną zapału do nauki młodzież.
Jako matka maluchów w wieku „wczesnoszkolnym”, uczęszczających na milion zajęć pozalekcyjnych, jako gospodyni domowa, czyjaś żona, czyjaś córka, czyjaś siostra, czyjaś pacjentka, czyjaś kumpela, także osoba posiadająca własne czasochłonne hobby i dziesiątki klasówek do poprawy…w tzw. tygodniu roboczym –nie dysponuję nieomal ŻADNYM czasem wolnym.
No, chyba, że między godz.22.00 a… 6.00, ale wtedy szkoła jest zamknięta:))
Tylko, jak tu nie odpowiedzieć na apel młodzieży-ZAINTERESOWANEJ przyswajaniem wiedzy?!
Cóż -odpowiedziałam.
Znalazłam sposób, żeby KTOŚ odebrał dzieci ze szkoły, KTOŚ je nakarmił, zaprowadził na zajęcia pozalekcyjne (jak na złość –każde dziecię w inne miejsce),KTOŚ je następnie odebrał, przyprowadził do domu…
Ja w tym czasie weszłam ze swym kagankiem oświaty do sali polonistycznej.
I tu, gdyby kaganek nie był metaforą, wypadłby mi z dłoni i roztrzaskał się o podłoże…
Spodziewałam się, że będę musiała pożyczyć krzesła i stoliki z innych sal. Własnych ławek mam tylko 19!
A tu niespodzianka.
Czekało na mnie aż sześciu uczniów.
SZEŚCIU uczniów zamiast tłumu - trzech klas maturalnych.
Każdy człowiek poczułby się upokorzony, poniżony
i zawiedziony.
Nabity w butelkę.
Oszukany.
Może nawet wściekły.
Odwróciłby się na pięcie i poszedł do swoich obowiązków. Do swojego życia.
Ale nie nauczyciel.
Nie.
Nauczyciel przywitał się milutko.
Wyłożył wiedzę na ławę, a po zajęciach, słuchając smutnej muzyczki ,poszedł wolniutko do domu.
I nic.
Tylko teraz już nie lubi wtorków.
Biedny.
refleksje nauczyciela kresowego