refleksje nauczyciela kresowego
czwartek, 13 listopada 2008
pętla
Wróciłam do prehistorii - czyli do lat osiemdziesiątych. Moich czasów szkolnych.
Niby kolejny zwykły dzień, szkolna rzeczywistość….a tu nagle, nie wiadomo właściwie kiedy…obudziły się dawno śnięte już potwory.
Szczegóły nie mają znaczenia.
Niespodziewanie odbyłam podróż w czasie.
Stałam i patrzyłam, jak nauczyciel JEŹDZI PO UCZNIU.
Bez uzasadnienia.
Bez uprzedzenia.
Bez powodu.
Po prostu MYŚLAŁ, że uczeń postąpił niewłaściwie.
Zanim to sprawdził, zaatakował.
Poniżył przy klasie.
I przy innym nauczycielu.
Zademonstrował swoją przewagę.
Obraził, stosując terminy rolnicze…
Ba!
Kiedy zorientował się ,że tym atakiem potwornie się zbłaźnił -brnął dalej.
Nie zdołał się z klasą wycofać .
Odszedł po zgliszczach…
Boże, pomyślałam. To koszmar bez końca. Minęło prawie dwadzieścia lat, a on trwa.
Rzecz w tym, że dzisiaj stoję po drugiej stronie barykady.
Patrząc na to, na co niektórzy uczący mnie POFESOROWIE pozwalali sobie w stosunku do nas przed laty, wiedziałam, że jeśli kiedykolwiek zajmę miejsce któregoś z nich…hmmmm....
To były inne czasy.
Nie uwierzylibyście, co wtedy uchodziło za normalne.
Dzisiaj jednak TO wróciło.
A ja nie zrobiłam nic.
Stałam tylko z otwartymi ustami i każdą komórkĄ ciała wstydziłam się za inne ciało pedagogiczne.
Nie zrobiłam dziś nic.
Ale nie pozwolę, żeby to wróciło na stałe.
poniedziałek, 10 listopada 2008
pojedynek
Klasa IV(nie zdradzę, która) rzuciła mi rękawicę.
Warunki następujące.
Młodzież wykuje dodatkową porcję wiadomości.
Wtedy Pani przywdzieje różową kreację.
Dlaczego to takie trudne?
Wtajemniczeni wiedzą.
Osoby postronne nie pojmą dramatu belfra postawionego w tej sytuacji.
Droga klaso.
Oto moja odpowiedź:
Nauczyciel to istota cechująca się ograniczonym zaufaniem w stosunku do osób poniżej trzydziestego roku życia (obu płci,wszelkiej narodowości i przekonań...)
Nie wynika to z braku uczuć ludzkich czy wyrachowania...lecz z doświadczenia, niestety:)))
Podniosę rękawicę, jednak muszę mieć pewność, że walka będzie uczciwa.
Na razie zatem-przywdziałam blogg w różowe szatki.
Czekam na Wasz ruch.
Chcecie walki?
Zaskoczcie mnie wiedzą.
Nieustająco pozdrawiam Adelkę.
Na reportaże już się chyba nie doczekam...
niedziela, 9 listopada 2008
wtorek
"Znowu", bo czas jakoś straszliwie szybko pędzi.
Ten wtorek, który nadciąga NA SZCZĘŚCIE jest dniem wolnym od zajęć, ale następny...już spędza mi sen z powiek (i bez tego ciężkich z powodu braku snu).
Czy to możliwe, żeby wtorek był powodem jakiegokolwiek stresu???
Ależ tak.
Od tygodnia-wtorek to dla mnie ZMOREK.
Jako nauczyciel „nawiedzony”, niosący swój mały kaganek oświaty z wiarą w sens tej czynności, niepomny na przestrogi matki (nie-nauczycielki), ojca (nie - nauczyciela), brata(nie-nauczyciela),męża (nie-nauczyciela) wujków, ciotek i znajomych (oczywiście -nie-nauczycieli)…ostrzegających mnie chórem, że to jest hobby, nie praca, że nakład takiej energii i czasu, jaki wkładam w swoje dziwne zajęcie życiowe,włożony w jakiekolwiek inne…przyniósłby
a) znacznie mniej stresów
b ) znacznie więcej czasu dla siebie
c ) znaaaacznie więcej czasu dla rodziny
d ) znacznie mniej rozczarowań
e) znaaaacznie więcej satysfakcji…nie mówiąc o innych, oczywistych zyskach…..
Zatem, jako belfer idealista -postanowiłam, jak co roku, zorganizować tajne komplety-czyli cykl zajęć z języka polskiego dla maturzystów.
Wprawdzie w zeszłym roku, kiedy na zajęcia pozalekcyjne, CAŁKOWICIE BEZPŁATNE, DOSTOSOWANE TERMINEM DO GRAFIKA UCZNIÓW, uczęszczało około ośmiu osób (!!!),zapał mój niezachwiany począł nieco słabnąć…
Jednak teraz, kiedy przygotowuję do matury aż trzy klasy maturalne(a w żadnej z nich nie uczyłam od pierwszej klasy) stało się jasne, że bez lekcji uzupełniających się nie obejdzie.
Ku mojej nieopisanej radości, uczniowie domagali się ich energicznie.
Wiele osób naciskało nawet, żeby było to kilka godzin tygodniowo.
Serce rosło.
Taka postawa godna jest maturzysty.
No, no, no….
Zaczęłam nawet obawiać się, że rozczaruję pełną zapału do nauki młodzież.
Jako matka maluchów w wieku „wczesnoszkolnym”, uczęszczających na milion zajęć pozalekcyjnych, jako gospodyni domowa, czyjaś żona, czyjaś córka, czyjaś siostra, czyjaś pacjentka, czyjaś kumpela, także osoba posiadająca własne czasochłonne hobby i dziesiątki klasówek do poprawy…w tzw. tygodniu roboczym –nie dysponuję nieomal ŻADNYM czasem wolnym.
No, chyba, że między godz.22.00 a… 6.00, ale wtedy szkoła jest zamknięta:))
Tylko, jak tu nie odpowiedzieć na apel młodzieży-ZAINTERESOWANEJ przyswajaniem wiedzy?!
Cóż -odpowiedziałam.
Znalazłam sposób, żeby KTOŚ odebrał dzieci ze szkoły, KTOŚ je nakarmił, zaprowadził na zajęcia pozalekcyjne (jak na złość –każde dziecię w inne miejsce),KTOŚ je następnie odebrał, przyprowadził do domu…
Ja w tym czasie weszłam ze swym kagankiem oświaty do sali polonistycznej.
I tu, gdyby kaganek nie był metaforą, wypadłby mi z dłoni i roztrzaskał się o podłoże…
Spodziewałam się, że będę musiała pożyczyć krzesła i stoliki z innych sal. Własnych ławek mam tylko 19!
A tu niespodzianka.
Czekało na mnie aż sześciu uczniów.
SZEŚCIU uczniów zamiast tłumu - trzech klas maturalnych.
Każdy człowiek poczułby się upokorzony, poniżony
i zawiedziony.
Nabity w butelkę.
Oszukany.
Może nawet wściekły.
Odwróciłby się na pięcie i poszedł do swoich obowiązków. Do swojego życia.
Ale nie nauczyciel.
Nie.
Nauczyciel przywitał się milutko.
Wyłożył wiedzę na ławę, a po zajęciach, słuchając smutnej muzyczki ,poszedł wolniutko do domu.
I nic.
Tylko teraz już nie lubi wtorków.
Biedny.
środa, 5 listopada 2008
śnięta wena bloggerska
Nic bardziej mylnego.
Wena ma się dobrze -wykarmiona pikantnymi tematami, których mnóstwo przyniosły ostatnie miesiące.
Się pisało, ale publikować się nie dało.
Czasem nie warto chyba drażnić małych i dużych demonów (same sobie w końcu poodgryzają łapki, a potem pożrą się nawzajem;))
Ponieważ jednak klawiatura przyjmie wszystko (oprócz wody chyba), a wena bloggerska swoje prawa ma-pisałem sobie, biedny Koszałek Opałek, do szuflady.
Wirtualnej oczywiście..
Nikt przecież nie wie, co się jeszcze może zdarzyć ;))???
Coś jednak wiemy.
Wiemy jak skończyła się nasza wakacyjna, teacherska akcja pisania analiz wyników maturalnych.
Otóż …
zakończyła się ona totalna klapą.
Wszyscy namęczyliśmy się (jedni bardziej, inni mniej), napocili (upał był chyba w czasie wakacji?!) i….nic.
Wszyscy napisaliśmy źle!.
Naprawdę!
Nasuwa się tutaj pytanie:
Jak to możliwe, że my, ludzie –bądź, co bądź- piśmienni, oświeceni -i …takie tam, że my nie potrafiliśmy dokonać prostej, prymitywnej analizy???!!!
Czy to nie dziwne?
No, właśnie, ze nie.
Wytłumaczenie jest bowiem proste. Nikt na tzw ”górze” nie sprecyzował, czego oczekuje po tych analizach, jaka ma być ich forma, objętość….a żeby było zabawniej-nie udostępniono nam połowy danych, bez których analiza mogłaby mieć jakikolwiek sens!
Okazało się więc, że musimy zostać przeszkoleni.( W samą porę:))….
To będzie kara dla prowadzącego szkolenie (jedyny człowiek, który napisał dobrze)….
Uczyć nauczycieli….brrrr….Niebezpieczne zajęcie.
Kolejny biurokratyczny absurd.
@
A teraz, żeby nie kończyć tak nudziarsko -muszę powiedzieć, że dziś po raz pierwszy od dawna (niestety)-ubawiły mnie do łez teksty maturzystów.
Serio.
I nie mówię tu o ubawie, jako histerycznym śmiechu nauczyciela załamanego poziomem wypowiedzi, ale o naprawdę rozbrajających, zabawnych tekstach uczniowskich.
Tak trzymać Panowie!
(Szkoda tylko, ze te teksty miały być gotowe przed miesiącem, ale co tam!
Trzymam kciuki i pozdrawiam…ADELKĘ!!!)
poniedziałek, 7 lipca 2008
WAKACJE???!
Jest siódmy lipca....kolejna noc przy papierach.
Przede mną analiza wyników egzaminów maturalnych.
Prześwietlanie każdego biednego robaczka - absolwenta pod kątem osiągów ocenowych na przestrzeni ubiegłych czterech lat....
Analiza każdego ruchu ucznia na maturze pisemnej....
Potem diagram....może kołowy, hy, hy.....
Czuję się jak pracownik biura statystycznego.
Całe szczęście, że w tym roku męczyłam tylko jedną klasę maturalną.
W przyszłym będę miała trzy....
Kto powiedział, że mamy wakacje?!
poniedziałek, 23 czerwca 2008
WAKACJE
Wakacje!
Wakacje nauczyciela to bardzo ciekawa kwestia.
Kłopotliwa.
Drażliwa.
Ale w ogóle - wspaniała rzecz!!!
Kiedy we wczesnej młodości, ku niewypowiedzianej rozpaczy całej bliżej i dalszej rodziny oraz znajomych i sąsiadów – podjęło się decyzję, że życiowym powołaniem człowieka będzie niesienie kaganka oświaty….droga rozwoju była tylko jedna.
Szkoła.
Studia pedagogiczne.
A potem…..siuuuuup – z powrotem do szkoły…..tylko, że teraz za druga stronę biurka .
Na tak zwaną - DRUGĄ STRONĘ BARYKADY.
Oczywiście , jeżeli ataki na bycie nauczycielem nie mijają - nie jest to żadna DRUGA STRONA, tylko zwykłe hobby, pasja życiowa, nawet, hmmm. ....hmmmm...... przyjemność.
Ale z tym lepiej się nie obnosić, bo niewiele osób uwierzy , że ktoś o mniej więcej stabilnej psyche wykonuje ten zawód z własnej i nieprzymuszonej woli. Wielu uczniów woli zresztą w belfrze widzieć swego największego wroga (przynajmniej można na kogoś zrzucić swoje niepowodzenia, hi, hi, hi…)
Nie mniej - bez względu na to, czy kocha się swój belferski zawód, czy też jest on karą za grzechy siedmiu pokoleń rodziny -nadchodzi niezwykły czas .
Czas wakacji.
I tu zaczynają się tak zwane schody.
Te - teoretycznie dwa miesiące urlopu - stają się czasami straszliwym brzemieniem….tak, tak, ciężarem zwłaszcza, gdy większość znajomych spędza upalne wakacyjne miesiące w pokojach biurowych, w których klimatyzacja nie działa…albo po prostu jej nie ma….
Cóż.
Myślę, że wtedy zwyczajnie nie da się nie pomyśleć z czystą ludzką zawiścią o tych, którzy obijają się w tym czasie gdzieś - po zacisznych lesistych zakątkach i mają mnóóóóóstwo wolnego czasu.
A na dodatek….o, zgrozo, zwykle pracują tylko 18 godzin w tygodniu!!!!
Rozumiem ten żal i ból .
Na szczęście jestem w tej komfortowe sytuacji, że wielu moich znajomych wolałoby pracę
w kopalni odkrywkowej niż tydzień spędzony pod tablicą….
Wielu z nich zresztą ma wykształcenie pedagogiczne. Niektórzy wytrzymali nawet przez kilka lat w szkole….
Dziś jednak wszyscy zapomnieli dawno o tej formie „kariery zawodowej”.
Są niezależni, albo nieco zależni….a ja mam z tego jedną niewątpliwą korzyść - nie muszę tłumaczyć za co mamy tą nagrodę, ten fenomen niepojęty , wyśnione i zazdroszczone WAKACJE.Nikt się nie chce zamienić.
Teraz zresztą także nie zamierzam pisać o tym, co robi nauczyciel w czasie wakacji, w domowym zaciszu, zwłaszcza nocami, kiedy jest spokój i można cierpliwie ślęczeć nad różnorodnymi protokołami, sprawozdaniami i innymi papierzyskami.
Wszystkim jednak, którym nauczycielskie wakacje spędzają ą sen z powiek proponuję spróbować - przeżyć dziesięć miesięcy twarzą w twarz z klasą.Potem stanie się jasność.
Wtedy od razu pojąć można czemu owe pozostałe dwa baśniowe miesiące służą…
Oj! Zapędziłam się na jakieś straszliwe manowce .Miał być short wstępik, w wyszły tu jakoweś dramatyczne rozważania pod tytułem „narodzie, wybacz mi, ze mam dwa miesiące urlopu”.
A miało być zupełnie o czymś innym.Oj, tak.Poloniści to gaduły.
Dziś zamierzam napisać o zjawisku niezwykłym – spotkaniach nauczyciel – uczeń …na gruncie neutralnym.
A to bardzo ciekawa kwestia.
Oczywiście okres wakacji nie jest jedyną możliwością, żeby uczeń mógł zobaczyć swego oprawcę (i vice versa) w sytuacji nie związanej z procesem edukacyjnym .
Wiem to.
Mieszkając nieopodal swojego miejsca pracy, chcąc nie chcąc , ciągle napotykam własnych uczniów na moich stałych codziennych trasach.
Zabawne jest obserwować jak nieznany, bądź znany zaledwie z widzenia młody człowiek, dorastający tuż obok, na sąsiednim podwórku ….zamienia się nagle w ucznia naszej szkoły.
Zabawne jest to, ze zwykłe dotąd - nic nieznaczące spotkania w supermarkecie, w sklepiku osiedlowym czy na ulicy….zamieniają się w wysztywniająco –stresujące (dla ucznia oczywiście, bo przecież nauczyciela z dekadą przepracowaną w szkole niewiele już sytuacji jest w stanie wysztywnić) stany napięć nerwowych i próby wytrzymałości psychicznej.
Na szczęście jednak - każdy zestresowany pierwszoklasista zaczyna ,prędzej czy później, przywykać do widoku pani polonistki kupującej właśnie jogurciki lub pomidory….i życie powoli wraca do normy.
Są jednak uczniowie, którzy nie widują na codzień nauczyciela obarczonego zakupami , ciągnącego za rączęta pociech swych lub też szarpiącego się z wielkim workiem pełnym śmieci (tak, tak chociaż wydaje się to nieprawdopodobne….my także wyrzucamy śmieci…gotujemy…pierzemy… sprzątamy…Serio!!).
Wtedy już tylko widok belfra IDĄCEGO ULICĄ ( po prostu- idącego!!!) wywołać może interesujące(z punktu widzenia socjologa) reakcje .
Należy dodać, że sporo osób zapomina jakoby o pewnym znanym zjawisku optycznym -jeśli widzisz kogoś i rozpoznajesz-zwykle on widzi Ciebie…i rozpoznaje….W praktyce okazuje się to jednak nie do końca jasne.
Jako typowy belfer-obserwator- badacz…stwierdziłam, że reakcje uczniowskie podzielić można na kilka grup:
1 ) widzących - rozpoznających .Grupa ta należy do najbardziej bezproblemowych. Akcja rozgrywa się błyskawicznie. Uczeń dostrzega nauczyciela. Nauczyciel widzi ucznia. Wymieniają”Dzień dobry”. I koniec. Po sprawie.
2) niewidzących -rozpoznających . To moja ulubiona grupa.Sami siebie wbijają w stres, wiją się, czerwienią, a do tego prowokują kapitalne sytuacje...itd.
3)widzących - nie rozpoznających naprawdę przejeżdżasz na rowerze w
bejsbolówce i ciemnych okularach, a uczeń za nic nie ma prawa skojarzyć Cię ze sportem...., albo całe Zycie chodzisz w spodniach, a tu letnie, kwiecista kieca-uczeń nie ma żadnych szans.Co najlepsze-wtedy zachowuje się najbardziej naturalnie....więc często staje się kapitalnym okazem "do badań"
4)widzących nie rozpoznających pozornie wiją się jak ci z punkt a , ale często wpadają przez znajomych…którzy dyskretnymi pytaniami usiłują dociec , która to osoba dręczy ich przyjaciela od września do czerwca...
Powiem Wam coś w sekrecie.
Na ogół , nauczycielom jest naprawdę wszystko jedno czy uczeń się kłania czy nie.
To sprawa prywatna.
Także chyba kwestia nawyku. My-dinozaury-ukłony i pozdrowienia uważamy za tak naturalne, że aż niezauważalne-jak oddychanie....
Wy-młodziaki-przedstawiciele innego pokolenia nie przywiązujecie zwykle uwagi do sztywniackich konwenansów, przez co często dochodzi do dramatycznych nieomal sytuacji....
w których "Dzień dobry - pani procesor !"wystarczyłoby, żeby uciąć narastające napięcie.
To znaczy –mogłoby uciąć….gdyby w stosownym momencie zostało wyartykułowane…
Dość teorii.
Zamierzam teraz odnieść się do praktyki.Czyli tzw. przykładów z życia.Przykłady pochodzą oczywiście z wakacji .
Przykład pierwszy wiąże się z filmem na który wybrałam się ze znajomymi.
Akcja rozgrywa się w kinie.
Siedzimy w ostatnim rzędzie.
Ja i grupa moich znajomych.
Tuż przed zgaszeniem świateł i rozpoczęciem seansu wchodzi mój umiłowany wróg literatury polskiej – sympatyczny uczeń - dajmy na to Kazio (pseudonim zastosowałam, by uratować resztki uczniowskiego honoru).
Kazio odbezpiecza właśnie wielką pakę chipsów, które będzie chrupał przez pół filmu, więc zauważa mnie wtedy dopiero, gdy potyka się o moje (wygodnie ale niezbyt daleko :))) wyciągnięte nauczycielskie odnóża.
Wtedy Kazio rozpoznaje mnie , o czym świadczy fakt, że czerwienieje.
Ja , nauczyciel mile zaskoczony faktem, że uczeń wybrał film dość ambitny…..już, już uśmiecham się do niego….on jednak , w panice ,wykonuje zwrot i widzę, że już tylko jego plecy oraz uszy,
( które robią się coraz bardziej bordowe).
Ale to nie koniec.
Kazio bowiem brnie w swe niezręczności.
Zasiada wraz z przyjaciółmi oraz "kobietą swą" kilka rzędów przed nami…i tu zaczyna się prawdziwy spektakl.
Oczywiście nie mówię o filmie, który już od pewnego czasu trwa.
Mówię o Kaziu i jego ekipie, która ciągle jeszcze nie może się spokojnie usadowić.
Nasz drogi Kazio siedzi sztywny, sparaliżowany.
Nie reaguje niewdzięcznik na miłe gesty dziewczyny. Nie pogryza chipsów….aż tu nagle,nie zmieniając położenia czaszki, teatralnym szeptem mówi coś do swych kompanów.
Wtedy obiekt zainteresowania młodzieży przenosi się z ekranu na rząd ostatni.NA NAS!!!!
Kazio nadal sztywny , ale jakaś inna młodzieńcza głowina co chwilę odwraca się w naszą stronę
i świdruje – biednych, oślepionych i nicniewidzących ludzi w średnim wieku - wzrokiem pełnym , jak się domyślam , ciekawości badawczej (no, bo - czego innego?).
Najlepsze dopiero przed nami.
Żona mojego kolegi łatwo się wzrusza i płacze na filmach. Więc oczywiście- teraz także szlocha, hałasuje, zużywa masy chusteczek.
A tu z przednich rzędów dobiega syk : ”Ale któóóóóraaaaa? Ta co wyje, czy ta druga?” –syczy kobieta Kazia.
Kazio, nie odwracając głowy nawet o milimetr odpowiada, że” Ta czarna” .
Na to kobieta: „No ale któooooaaa? Obie są czarne!!!”
Finał: znajoma przestaje szlochać z powodu filmu i wyją oboje z mężem ze śmiechu.
Mimo wszystko nie opuszczamy kina, chociaż pewnie trzeba by było w tej sytuacji się ewakuować.
Przed napisami końcowymi Kazio -wraz z ekipa-znika.
Wniosek: oj , Kaziu, Kaziu….zmarnowałeś seans kinowy ośmiu osobom. Naraziłeś się na stres
i straty moralne.
Wystarczyło bąknąć nieśmiało „Dźńdbry”, a znajomym -o ile było to konieczne - powiedzieć później, że w sali kinowej straszył kaziowy nauczyciel.
Popraw się Kaziu!
Czasem jednak okazuje się, że sam Kazio wcale taki najbardziej stresujący jeszcze nie jest.Czasem -na przekór logice, jak to zwykle w życiu bywa....Kazio popada w tarapaty, pomimo-modelowego, wydawałoby się zachowania.
Okazuje się bowiem, że niewinne z pozoru "Dzńdybry pani procesor" może być początkiem lawiny niezręczności.
I to-niekoniecznie -ze strony Kaziulka.
Przykład drugi.Jedzonko.
Miejsce akcji:przemyska pizzeria.
Ja, moja familia.Pizza.Napoje.Niezdrowe jedzonko.
W drugim kacie , przy innym oblężonym stoliku -uczeń mój miły-Kazio. Z rodziną.
Rodzina jego, podobnie jak moja-zajada , gada, śmieje się....aż tu nagle, tuż po Kaziowym "Dzień dobry, pani procesor" - sytuacja rodem z ogrodu zoologicznego.
My-to małpeczki, oni-zwiedzający.
Kazio blady i czerwony na zmianę.
Rodzinka, zwłaszcza siostra Kazia, niczym zupełnie nieskrępowana- głośno komentuje .Mój wygląd.Piękne oczy mojego syna.Kolor mojego ubranka...
Kazio bliski wylewu.
Ja też.
Następnego dnia, w szkole-przeprasza za rodzinkę!!!
Wniosek:.....Cóż.Będzie dobrze Kaziu!Kiedyś.
Przykład trzeci:
Miejsce akcji :duży sklep z odzieżą.
Mnóstwo wielkich wieszaków-stojaków na kółkach.
Ja - marudzę , coś wybieram.Nagle napotykam spojrzenie ucznia.Uczeń cofa się na widok nauczyciela tak skutecznie, że wpada tyłem na ogromny wieszak z ubraniami. Przewraca go.Przewraca się na niego...Ludzie wyją ze śmiechu, podbiegają, aby go wyplątać z kłębowiska spodni....On leży.Nie może wstać. Patrzymy sonie w oczy i nagle słyszę ...."Dzień dobry!!!"
Wniosek:MOŻNA BYŁO TAK OD RAZU :))))
Przykład czwarty:
Siedzimy z synem z salonie fryzjerskim.
Uczeń,dorosły młodzieniec, siedzi na fotelu.
Dzielą nas dwa metry.
Seans nożyczkowy dopiero się rozpoczął.Musimy poczekać.Siadamy.
Spojrzenie ucznia co chwilę namierza nas w odbiciu lustrzanym.
I nic.
Uśmiecham się do zestresowanego biedaka-nie jest to na pewno dla niego sytuacja komfortowa....Belfer z potomstwem siedzi mu na karku .Obcy ludzie obserwują proces jego włosianej metamorfozy.
Uśmiecham się raz jeszcze.
Biedak-nic.
Kolor twarzy nabiera wprawdzie mocniejszych barw, ale on jak-kamień. Patrzy .
Czy powinnam ukłonić się dziewiętnastolatkowi pierwsza? Ja, starszawa kobieta, matka dzieciom...
Hmmm, hmmmm....Moja mama twierdzi, że kłania się pierwszy zawsze ten, lepiej wychowany, Ale jak to??? Jak to???!
Nie mogę , bo mnie się właśnie zebrało na wychowywanie.
Nic to, myślę.Pewnie dziecię się wstydzi.
Jak już wypięknieje pod ręka fryzjerską-przyzna się do belfra.
Nic bardziej naiwnego, belfrze drogi.
Młodzian -nowocześnie ostrzyżony-odchodzi w popłochu....
Wniosek:hmmmmm.....Brak wniosku.
Cóż.
Wygląda to jak skarga stetryczałej belferki spragnionej adoracji....
W rzeczywistości jest to jednak apel o coś innego....
Zbliżają się wakacje.
Znowu będę plątać się po różnych zakątkach miasta i jego okolic.
Nie tylko ja. Cały nasz ród nauczycielski.
Zwykle nie jest źle. Zazwyczaj spotkania oko w oko z uczniem-to zdarzenia miłe i sympatyczne.
Pamiętam, jak pewnego razu uczeń, obok którego domu przejeżdżałyśmy (ze znajomą na welocypedach!!!) NIE TYLKO NIE UCIEKł Z WRZASKIEM DO DOMU, ale- pomachał nam radośnie łapką, a potem , bez namysłu wskoczył na swój własny rower, dogonił nas i -o, cudzie-jakbyśmy były normalnymi ludźmi, a nie belfrzycami-potworkami- pokazał nam świetne miejsca w okolicy, którą zwiedzałyśmy.
Taaaaak.Przed nami WAKACJE. Wyjątkowy czas.
Dzieciaczki moje-zachęcam do zachowań normalnych i rozsądnych!
Wakacje, więc luz jest jak najbardziej na miejscu.
Bądźcie młodymi, wyluzowanymi, ale dobrze wychowanymi ludźmi.
No i ....nie bójcie się niespodziewanych spotkań z GRONEM.
Nie wpadajcie w popłoch. Wasze przerażenie wpędza mnie bowiem w.....przerażenie:))))
Życzę wspaniałych przygód.Niekoniecznie z nauczycielami w tle.
środa, 18 czerwca 2008
MOTYWACJA
Pewnego razu wracałam sobie spokojnie z pracy, powłócząc jak zwykle ze zmęczenia nogami (Cha, cha, cha, to żart! Zwykle nie jest aż tak źle), kiedy na swojej drodze, od dziesięciu (z górą) lat pracowicie wydeptanej nauczycielskimi stopami, napotkałam ucznia...I to nie ucznia byłego, ale ucznia własnego.
Uczeń ów, ku mojej radości, nie doznał na mój widok paraliżu, ani też nie zaczął uciekać w popłochu, ale ZWYCZJNIE, GRZECZNIE, BEZSTRESOWO..... powiedział :
"Dzień dobry!". Następnie rozpoczął pogawędkę.
Zaczęło się od tematów tak zwanych "ogólnych".Kiedy jednak poruszyliśmy (wydawałoby się bezpieczny) wątek hobby... rozmowa przybrała obrót dla mnie zaskakujący.
Oto miły, dobrze wychowany człowiek opowiedział mi o swojej pasji - -umiłowaniu muzyki, zwłaszcza jednego , niezbyt popularnego instrumentu.Opowiedział też o tym, jak wygląda życie codzienne młodego człowieka kształcącego się w dwóch szkołach jednoczenie.A także o tym, jaką satysfakcję daje mu doskonalenie gry na jego ukochanym instrumencie. Itd. Itp.
Właściwie byłby to dla mnie bardzo miły i budujący powrót z pracy do domu, gdyby nie... zakończenie tej historii. Otóż - rozmówca mój muzykalny - postanowił opanować grę na instrumencie nieco mniej typowym niż fortepian czy skrzypce. Konsekwencją tego wyboru był fakt uczestnictwa w zajęciach prowadzonych przez jedynego w mieście nauczyciela - specjalistę.
Zamiast puchnąć z dumy, słuchając o sukcesach swojego ucznia... zapoznałam się z ponurą historyjką o tym, jak niewrażliwy belfer-potwór zraził młodego człowieka do jego pasji. Co gorsze - spowodował, że chłopiec, pokonawszy znaczną część wspinaczki po szczeblach edukacji muzycznej, stojący niemal o krok od uzyskania świadectwa potwierdzającego jego umiejętności... rzucił szkołę, nie mogąc znieść współpracy ze swoim nauczycielem.
To nie był miły i spokojny powrót do domu.
Wieczorem nie mogłam skupić się na półmetrowym stosie klasówek, które czekały bidulki na czerwony długopis.
Ogarnęło mnie dziwaczne uczucie paniki. Zaczęłam się zastanawiać nad liczbą osób, które w moim mieście, w moim kraju... albo jeszcze gdzieś dalej - rzuciły swoje hobby, swoją pasję, przestały wierzyć we własne możliwości, albo wierzyć w sens ich realizacji... tylko dlatego, że nauczyciel trafił im się NIE TEN.
Nie ten cierpliwy.
Nie ten mądry.
Nie ten życzliwy.
Nie ten zaangażowany.
Nie ten z powołaniem.
Nie ten sprawiedliwy...... Tylko taki właśnie, który zdeptał, ośmieszył, złamał, albo zwyczajnie (żeby nie było tak dramatycznie) - po prostu nie zauważył potencjału, nie miał pomysłu, czasu albo ochoty......
Atak paniki wzmagał się.
Uświadomiłam sobie bowiem, że przecież i ja sama - nie tak dawno- wepchnęłam własne dziecko w szpony edukacji...
Co będzie, jeżeli i ono trafi w przyszłości (na razie jest dobrze) na NIE TEGO nauczyciela?!!!
Co, jeżeli i w moich dzieciach NIE TEN nauczyciel włączy blokadę i sprawi, że przestaną walczyć o siebie (albo o cokolwiek)?
Mój uzdolniony uczeń gra sobie teraz dla przyjemności, ale nigdy nie pogłębi swojej pasji, nie stanie się profesjonalistą z dyplomem.
Co najwyżej - będzie fenomenalnym amatorem, ale to dzisiaj trochę za mało.
Uświadomiłam sobie także jeszcze inną rzecz.
Taką mianowicie, że my - nauczyciele - pomimo panującego powszechnie poglądu o naszym minimalnym wymiarze godzin pracy, nieustającym festiwalu dni wolnych - ferii, świąt i wakacji oraz zerowej niemal odpowiedzialności... mamy jednak niezwykłe zadanie.
I ogromną ( tak !!!) odpowiedzialność.
Zawsze z szacunkiem myślałam o tym, czym zajmują się moi najbliżsi znajomi.
Większość z nich zdecydowała się na studia medyczne.
Dziś - dzień w dzień - walczą o czyjeś życie, usuwają ludziom chore organy(błłłeee), naprawiają ich psychikę albo wyciągają ze stanu przedzawałowego.
Nigdy nie ośmieliłam się dyskutować z nimi, lekarzami, na temat odpowiedzialności zawodowej.
Wręcz przeciwnie - czułam, że mam jednak znacznie większy komfort pracy niż przeciętny lekarz pierwszego kontaktu, nie mówiąc o chirurgu czy psychiatrze.
Jednak wtedy, po rozmowie z niedoszłym muzykiem, uświadomiłam sobie coś, co tak naprawdę dobrze wiem od dawna.
To niestety my - nauczyciele - mamy wpływ na to, kto będzie pacjentem kardiologa, kto nabawi się wrzodów dwunastnicy... a kto ... spokojnie przejdzie przez życie - krok po kroczku realizując swoje kolejne marzenia. Małe czy duże? Nieważne.Dziwna ta nasza praca. Wymaga nie tylko jakiejś konkretnej wiedzy, ale przede wszystkim - niezwykłej delikatności.
Prawie jak praca sapera.
Wystarczy, że zachowasz się jak NIE TEN i...BUUUM!
Koniec.
Jedno marzenie leży w gruzach.
Na szczęście czarne wizje szybko odeszły.
Sen jest dla wymęczonego belfra świetnym lekiem na wszystko.
Tylko klasówki same się nie poprawiły.
Ale to nie koniec tej historyjki.
Następnego dnia miałam okienko. Dla niewtajemniczonych: OKIENKO to 45-cio minutowa wyrwa w lekcjach. Niby świetna rzecz- dłuuuga przerwa. Ale do domu idziesz o godzinę później.
Rzecz gustu.
Okienko to okienko. Kawa i stos klasówek, albo grzebanie w jakimś dzienniku.
Klasyka.
Tym razem jednak było inaczej. Jedna z koleżanek (też "zokienkowana") miała ochotę na pogaduchy. I oto, poznałam kolejną ponurą historyjkę. Upiorne wspomnienia dorosłej kobiety, nauczycielki (!!!) związane
z ...lekcją języka polskiego.
Od czasu naszego, mojego i jej, egzaminu maturalnego upłynęło już sporo lat, a jednak dziewczyna, relacjonując mi swoje przejścia z uznaną (kiedyś) przemyską polonistką w roli głównej ...wyraźnie się zdenerwowała.
To był dla mnie spory jak to mawia młodzież "ZASKOK".
Pani profesor słynie bowiem z rzeczowości i opanowania...a tu ...nerwy w rozsypce. W strzępach.
Niesamowite .
Po raz drugi w tym samym tygodniu przydarzyło mi się to samo.
Klasyczne deja wu.
Kolejna opowiastka o beznadziejności i bezsilności - wywołanych zachowaniem tego, kto wychowuje w zastępstwie rodziców, wspiera w zastępstwie przyjaciół, zapala i budzi wiarę we własne możliwości, bo taką ma specyfikę pracy.
A tu co ?
Natychmiast przypomniały mi się dreszczowce z moich lat szkolnych.
To szkole średniej zawdzięczam początki nerwicy wywołane bezsensownymi, sadystycznymi zapędami niektórych nauczycieli.
Czasem , kiedy pomyślę, że stoimy dziś razem, po tej samej stronie... wstydzę się za niektórych (pozdrawiam, He, He, He).Narzekać jednak nie mogę.
Miałam to szczęście, że trafiłam na wychowawcę, który łapał w lot potrzeby i stany ducha takich jak ja.Raz nawet (to było spektakularne ) stanął po mojej stronie ...przeciwko innemu nauczycielowi!!!! Serio.
Mnie się udało.
Ale nie wszyscy mają ten komfort...
Żal mi ucznia, który obronił się przed belfrem - rzucając hobby.
Może jednak postąpił słusznie?
Uratował przecież własny system nerwowy i resztki godności.
To przecież sporo.
Poruszyło mnie także koleżanki. To niesamowite, jaką siłę mają wspomnienia szkolne. Dorosła kobieta... drży opowiadając o poniżającym zachowaniu nauczyciela...
Jedno jest pewne.
Oprócz katowania uczniów sprawdzianami i bombardowania wiadomościami - naszym bojowym , kluczowym, podstawowym zadaniem jest przede wszystkim - wspierać i motywować.. Właściwie jest to ujęte w podstawie programowej i innych ładnych dokumentach, ale jak wygląda w praktyce, w zwykłym szkolnym codziennym życiu?....Wiem jedno.
Jeśli Kazio zapomni, czym jest archaizacja, pewnie szybko odnajdzie tą istotną informację w słowniku lub ( prędzej zapewne )w sieci.Upokorzenia, których dozna Kazio w domu , przełknie zapewne z czasem -wiadomo, więzy rodzinne...
Jeśli kumple z podwórka skrzywdzą Kazia, Kazio się zmieni lub zmieni kumpli.
Jednak upokorzenia, których doświadcza się na oczach własnych kolegów
z klasy ( klasy i szkoły już nie zmienia się tak łatwo) lub, co gorsza, jakiejś wyjątkowo Kaziowi miłej koleżanki to...to już zupełnie inny kaliber krzywd.
Bo na szkołę Kazio jest skazany.Jeżeli w szkole, biedak, zapomni ( przy "pomocy" nauczyciela), że jest Kaziem wartościowym... i zapomni, że w przyszłości z pewnością mógłby wiele osiągnąć...oj, oj, będzie kiepsko.
Zwykle, kiedy coś mnie mocno poruszy, atakuje mnie wieczorową porą malutka, pokraczna, ale bardzo napastliwa wena twórcza. Tak było i tym razem. Może nawet ładnie z jej strony, bo naprawdę nie wiedziałam jak zakończyć tą historię.
Co właściwie powinnam napisać? Truizmy jakieś rozwijać?
Że mamy wpierać i motywować? Łeeee...
Niech sobie przemówi moja mała wena.. Powie to samo, a nie tak patetycznie. Dodam jeszcze, że nasz wierszyk - mój i weny- dedykuję jednej z moich pań profesor i jednej z moich koleżanek. A także wszystkim Kaziom. Żeby nie zwątpili w siebie.
MOTYWACJA
MOTYWACJA JEST JAK ZDROWIE.
TAKI CZART,ŻE GDY STRACISZ MOTYWACJĘ -
- COŚ JEST WART?
MOTYWACJA JEST JAK WICHER,W ŻAGLACH WIATR.
KIEDY STRACISZ MOTYWAJĘ -
-BLEDNIE ŚWIAT.
GDY ZABIJĄ MOTYWACJĘ W SERCU TWYM
WSZYSTKIE PLANY I MARZENIA-
- PROCH I DYM.
IDZIESZ DALEJ SWOJĄ DROGĄ,
JESZ I ŚPISZ...
LECZ GDY NIE MASZ MOTYWACJI -
- W MIEJSCU TKWISZ.
A teraz czas na sprawdziany. Stęskniły się biedactwa.
28.01.2008
TEMAT NIECHODLIWY
Wściekłam się.Od pewnego czasu siedzę sobie w domu. Mam przymusowy urlop, bo ciało me - to fizyczne, nie pedagogiczne, musiałam oddać w ręce medyków. Siedzę więc w domu, czas przepływa przez palce... Adrenaliny brak. Do szkoły na razie nie chodzę... Pewnej środy dostaję do ręki czasopismo, którego programowo nie kupuję. Czasem , przypadkiem trafi pod mój dach, przyniesione przez kogoś, kto nie zna naszych domowych zasad. Tak zwana "prasa lokalna". Kiedyś wykładało się tym kubły na śmieci. Dziś, w dobie worków foliowych w różnych odcieniach...Skoro już gazetka (nieświadoma nieżyczliwego przyjęcia pod moim dachem) trafiła w nasze progi - przeglądam leniwie, odruchowo...Nagle poziom adrenaliny urósł niebotycznie.To, co zobaczyłam, wprawiło mnie w stan prawdziwego szoku.Nieomal 3/4 strony zajmował artykuł poświęcony mojej szkole!!!Ktoś mógłby pomyśleć, że to naprawdę nic niezwykłego. Powód do radości raczej , niż do stresu...A jednak.Artykuł dotyczył tragedii jednego z uczniów, naszego wychowanka. Okropna historia. Właściwie, to nic dziwnego, że zainteresowała się takim tematem prasa. Media żywią się przecież ludzką tragedią. Zwłaszcza - media współczesne.Tak więc mieliśmy stosukowo obszerny artykuł, Do tego AŻ trzy fotografie! Czytałam i szumiało mi w uszach... Omal nie wyrzuciłam gazety przez okno. Czym się tu denerwować? - zapyta ktoś. Takie czasy.Oczywiście. Dzisiaj wszyscy szukają sensacji. Wypadek. Śmierć. Bójka. Gwałt. To chodliwe tematy. Zgadzam się z opinią, że to my, spragnieni sensacji odbiorcy wpływamy na taki stan rzeczy. Częściowo z pewnością - tak. Nie mogę jednak pojąć jednego - stąd właśnie moje oburzenie. Stąd niesamowity niesmak. Gdzie są przedstawiciele prasy lokalnej, kiedy dzieje się coś ciekawego, ale niekoniecznie związanego z przemocą i zbrodnią?Właściwie wiem gdzie są?Zwykle widać ich, uczestniczą przecież w tych wydarzeniach razem z nami...Pytanie tylko - co dzieje się z ich materiałami, kiedy wracają do swoich redakcji?Kto sprawia, ze karmią nas chłamem i tanią sensacją?Dlaczego nie można się doprosić, trzeba wręcz żebrać o maleńkie choćby miejsce na łamach gazet, które przecież nam, mieszkańcom niewielkich miast powinny sprzyjać i służyć? O mieszkańcach okolic, w których powstają powinny chyba pisać. O ich osiągnięciach, projektach, sukcesach - problemach oczywiście też, ale może raczej- nie w charakterze sensacji.Edukacja ? Kultura? Czy to naprawdę takie nudne?Pamiętam, na wiosnę 2007, przygotowaliśmy w ZSZ Nr1 konferencję dotyczącą e-lerningu (nauczanie za pomocą Internetu).Temat ciekawy, stosunkowo nowy. Osobiście zaprosiłam na spotkanie przemiłego pana redaktora. Przybył, artykuł napisał, zdjęcia zrobił... i nic. Głucha cisza. Ktoś ważny uznał, że to niechodliwy temat. Podobnie było w kilku innych przypadkach. Ostatnio gościliśmy w Naszej Szkole uczniów i nauczycieli z dalekiej (bardzo) Ukrainy. Pracowałam przy tym projekcie. Leżałam sobie (medycy się uwzięli) w domu, przekonana, że - chociaż nie mogę uczestniczyć w finalizacji przedsięwzięcia- poczytam o nim w gazecie lokalnej (po to one istnieją, prawda? Żeby pisać o sprawach lokalnych). Z niecierpliwością czekałam na jakąś - choćby krótką - wzmiankę w prasie. Niestety, nie doczekałam się. Jakże mogłam być tak naiwna!? Toż to temat niechodliwy.Przygotowujemy się do zmiany patrona szkoły. Temat niechodliwy. I tak dalej...Czy naprawdę musi zginąć młody człowiek, żeby lokalna prasa zainteresowała się życiem mojej szkoły?Jeśli tak, to ja przestaję się interesować prasą lokalną. Dla mnie - to już od lat temat niechodliwy.
14.01.2008
POŻEGNANIA
@@@
Zatem, kiedy człowiek przejdzie już przez kręte ścieżki klasyfikacji, układ nerwowy dymi...
Tym razem po pożegnaniu z klasami, które z dzikim, ochrypłym rykiem oddaliły się ku wolności (czyli wakacjom letnim) ...pożegnać musieliśmy
11.09.2007
POMYSŁ
Pomysł, żeby pisać belfrowskiego bloga wydaje się nieco szalony...Kto by chciał zagłębiać się w mroczne labirynty nauczycielskiej jaźni, kiedy tyle dziwnych ( i jakże ciekawych ) wydarzeń dookoła.Na dodatek, to wiedzą wszyscy, profesja moja jakoś dziwnie słabą ma akceptację wśród bliźnich.Niektórzy znajomi patrzą na mnie z politowaniem. Większość zastanawia się jak to w ogóle możliwe, żeby (dość ;D) młoda, wykształcona kobieta, żyjąca w XXI wieku zajmowała się czymś tak dziwaczny... jak nauczanie dorastających panien i młodych mężczyzn.Życzliwi traktują mnie jak osobę nie do końca zrównoważoną (tyle lat studiów... , za taaaaakie wynagrodzenie!?).Kiedy poznaję nowych ludzi i... w końcu pada nieuniknione pytanie o moje zajęcie -reakcja jest zazwyczaj podobna - salwa śmiechu i niedowierzanie. Pamiętam, jak instruktor (na kursie prawa jazdy) wyczytał z moich dokumentów, czym się zajmuję...Przez pół godziny odbijał sobie na mnie swoje szkolne frustracje...Musiałam uciekać na środku skrzyżowania z samochodu... trzeba było ratować zdrowie...Albo; jak, leżąc w szpitalu, usłyszałam od pielęgniarki;"Kto by powiedział! Taka pani miła i grzeczna...W życiu bym nie uwierzyła, że pani jest nauczycielką!"NIKT, naprawdę, nikt jeszcze nie zapytał mnie, dlaczego tak uparcie wydeptuję ścieżkę do naszej szkoły. Co mi daje ta praca? Dlaczego - mimo upływu lat nadal to robię? Myślę, że to nikogo nie obchodzi. Prawda jest taka, że większość ludzi ma koszmarne wspomnienia z lat szkolnych, a my "czynni nauczyciele" jesteśmy czymś w rodzaju... stęchłego powiewu z piekielnych czeluści.Kojarzymy się z upokorzeniem, stresem i innymi, równie paskudnymi, emocjami . Wiem, o czym mówię. Przecież kiedyś i ja siedziałam "po tamtej stronie biurka". Przyjaciele pytają mnie z troską, dlaczego nie uciekam ze szkoły do banku, do wojska, do firmy jakiejkolwiek...Przecież mogłabym.Faktycznie - mogłabym. Ale nie robię tego.Ja już od dawna wiem, gdzie moje miejsce. O tym, co daje mi "praca przy tablicy" wiedzą tylko moi najbliżsi. Myślę, że i oni jednak nie do końca wszystko rozumieją.Pomyślałam, że może ktoś, kto przedrze się przez moje nauczycielskie blogowynurzenia, chociaż w niewielkim stopniu pojmie, o co w tej zabawie - zwanej nauczaniem chodzi.Nie umiem dokładnie wytłumaczyć jak to jest być belfrem.To koktajl potwornie ciężkiej pracy (chociaż większość ludzi sądzi, że przychodzimy, pijemy sobie kawę, a biedni uczniowie sami zmagają się z materiałem), mnóstwa porażek, eksperymentów socjologiczno - psychologicznych, ale przede wszystkim-codziennych silnych emocji (nie zawsze pozytywnych, niestety). No i jeszcze mnóstwo niesamowitej satysfakcji. Takiej uskrzydlającej.Długo marudziłam z tym blogiem.Zamierzałam zacząć pisać go po feriach zimowych, potem po świętach wielkanocnych...Tematów jest mnóstwo!Dzisiaj jednak miałam zupełnie wyjątkowy dzień. Żegnaliśmy maturzystów.Niby nic. Przecież co roku to robimy. Ale... kiedy pojawiła się przede mną moja ukochana (inteligentna, zwariowana i okropnie zadziorna) klasa... serce nauczyciela ścisnęło się (jak tłum w autobusie o godz.15.00!!!)Zrozumiałam, że to naprawdę koniec.Kiedy zdawali egzaminy, błąkali się po szkole, można było jeszcze wmawiać sobie, że TO trwa...Ale dziś, kiedy przyszli (wystrojeni w garniturki, obcy nieco i dorośli jacyś) pożegnać się ze swoim polonistą...skołatany nauczycielski układ krwionośny zaczął szaleć.Na pożegnanie zostawiono mi pamiątkowy miks (częściowo rękodzieło) świadczące o tym, że te dzieciaki, które - nie wiadomo kiedy - zamieniły się w dorosłych ludzi, NAPRAWDĘ związały się ze sobą, szkołą i nauczycielami. Dostawałam różne prezenty.Od rodziny i znajomych. Jedne kosztowne, inne symboliczne... ale ta niespodzianka, którą dziś przygotowały moje dzikie chłopaki - to był prezent wyjątkowy. Raz jeszcze zademonstrowali swoje nietuzinkowe poczucie humoru, ale przede wszystkim (tym mnie rozłożyli na łopatki) pokazali , że znają mnie doskonale i - naprawdę - słuchali wszystkiego , co do nich mówię! (to dziwne, bo czasami odnosiłam wrażenie zupełnie przeciwne! cha, cha!).Stałam tak z nimi, bidulka, na naszym szkolnym korytarzu, pod moją ulubioną salą tortur (pracownia polonistyczna), uśmiechałam się od ucha do ucha i... myślałam tylko o tym, żeby jak najszybciej poszli...Dlaczego? Otóż ...Organizm mój (żeby nie powiedzieć "moje ciało pedagogiczne"). toczył walkę z niepokornym systemem kanalików łzowych. Gdybym zaczęła szlochać, mogłoby się wydać, że... mam serce.A to przecież niedopuszczalne. My, nauczyciele, musimy trzymać ten fakt w tajemnicy.. Wszak nauczyciel to zimny bezlitosny twór ! :) ;) ;)Mam nadzieję, że jakaś inna klasa wypełni dziurę w moim sercu.Albo przynajmniej ...zdenerwuje mnie tak, że - roztrzęsiona - przestanę wspominać niesamowite dzieciaki z IV Tm... Na razie: pozdrawiam Was Panowie. Życzę sukcesów!Mam nadzieję, że nie bardzo się zmienicie. No, może ...przydałoby się trochę więcej systematyczności .Pozdrawiam także serdecznie wszystkie inne "dzieciaki", które opuściły nas w tym roku. Bawcie się dobrze w dorosłym życiu.Wygląda na to, że właśnie, zupełnie niechcący, zaczęłam pisać ten blog! (ludzie mówią "pisać tego bloga").Cóż, w każdym razie ZACZĘŁAM.Może... uda mi się przekonać kogoś, że nauczyciel... też człowiek?