Wakacje!
Wakacje nauczyciela to bardzo ciekawa kwestia.
Kłopotliwa.
Drażliwa.
Ale w ogóle - wspaniała rzecz!!!
Kiedy we wczesnej młodości, ku niewypowiedzianej rozpaczy całej bliżej i dalszej rodziny oraz znajomych i sąsiadów – podjęło się decyzję, że życiowym powołaniem człowieka będzie niesienie kaganka oświaty….droga rozwoju była tylko jedna.
Szkoła.
Studia pedagogiczne.
A potem…..siuuuuup – z powrotem do szkoły…..tylko, że teraz za druga stronę biurka .
Na tak zwaną - DRUGĄ STRONĘ BARYKADY.
Oczywiście , jeżeli ataki na bycie nauczycielem nie mijają - nie jest to żadna DRUGA STRONA, tylko zwykłe hobby, pasja życiowa, nawet, hmmm. ....hmmmm...... przyjemność.
Ale z tym lepiej się nie obnosić, bo niewiele osób uwierzy , że ktoś o mniej więcej stabilnej psyche wykonuje ten zawód z własnej i nieprzymuszonej woli. Wielu uczniów woli zresztą w belfrze widzieć swego największego wroga (przynajmniej można na kogoś zrzucić swoje niepowodzenia, hi, hi, hi…)
Nie mniej - bez względu na to, czy kocha się swój belferski zawód, czy też jest on karą za grzechy siedmiu pokoleń rodziny -nadchodzi niezwykły czas .
Czas wakacji.
I tu zaczynają się tak zwane schody.
Te - teoretycznie dwa miesiące urlopu - stają się czasami straszliwym brzemieniem….tak, tak, ciężarem zwłaszcza, gdy większość znajomych spędza upalne wakacyjne miesiące w pokojach biurowych, w których klimatyzacja nie działa…albo po prostu jej nie ma….
Cóż.
Myślę, że wtedy zwyczajnie nie da się nie pomyśleć z czystą ludzką zawiścią o tych, którzy obijają się w tym czasie gdzieś - po zacisznych lesistych zakątkach i mają mnóóóóóstwo wolnego czasu.
A na dodatek….o, zgrozo, zwykle pracują tylko 18 godzin w tygodniu!!!!
Rozumiem ten żal i ból .
Na szczęście jestem w tej komfortowe sytuacji, że wielu moich znajomych wolałoby pracę
w kopalni odkrywkowej niż tydzień spędzony pod tablicą….
Wielu z nich zresztą ma wykształcenie pedagogiczne. Niektórzy wytrzymali nawet przez kilka lat w szkole….
Dziś jednak wszyscy zapomnieli dawno o tej formie „kariery zawodowej”.
Są niezależni, albo nieco zależni….a ja mam z tego jedną niewątpliwą korzyść - nie muszę tłumaczyć za co mamy tą nagrodę, ten fenomen niepojęty , wyśnione i zazdroszczone WAKACJE.Nikt się nie chce zamienić.
Teraz zresztą także nie zamierzam pisać o tym, co robi nauczyciel w czasie wakacji, w domowym zaciszu, zwłaszcza nocami, kiedy jest spokój i można cierpliwie ślęczeć nad różnorodnymi protokołami, sprawozdaniami i innymi papierzyskami.
Wszystkim jednak, którym nauczycielskie wakacje spędzają ą sen z powiek proponuję spróbować - przeżyć dziesięć miesięcy twarzą w twarz z klasą.Potem stanie się jasność.
Wtedy od razu pojąć można czemu owe pozostałe dwa baśniowe miesiące służą…
Oj! Zapędziłam się na jakieś straszliwe manowce .Miał być short wstępik, w wyszły tu jakoweś dramatyczne rozważania pod tytułem „narodzie, wybacz mi, ze mam dwa miesiące urlopu”.
A miało być zupełnie o czymś innym.Oj, tak.Poloniści to gaduły.
Dziś zamierzam napisać o zjawisku niezwykłym – spotkaniach nauczyciel – uczeń …na gruncie neutralnym.
A to bardzo ciekawa kwestia.
Oczywiście okres wakacji nie jest jedyną możliwością, żeby uczeń mógł zobaczyć swego oprawcę (i vice versa) w sytuacji nie związanej z procesem edukacyjnym .
Wiem to.
Mieszkając nieopodal swojego miejsca pracy, chcąc nie chcąc , ciągle napotykam własnych uczniów na moich stałych codziennych trasach.
Zabawne jest obserwować jak nieznany, bądź znany zaledwie z widzenia młody człowiek, dorastający tuż obok, na sąsiednim podwórku ….zamienia się nagle w ucznia naszej szkoły.
Zabawne jest to, ze zwykłe dotąd - nic nieznaczące spotkania w supermarkecie, w sklepiku osiedlowym czy na ulicy….zamieniają się w wysztywniająco –stresujące (dla ucznia oczywiście, bo przecież nauczyciela z dekadą przepracowaną w szkole niewiele już sytuacji jest w stanie wysztywnić) stany napięć nerwowych i próby wytrzymałości psychicznej.
Na szczęście jednak - każdy zestresowany pierwszoklasista zaczyna ,prędzej czy później, przywykać do widoku pani polonistki kupującej właśnie jogurciki lub pomidory….i życie powoli wraca do normy.
Są jednak uczniowie, którzy nie widują na codzień nauczyciela obarczonego zakupami , ciągnącego za rączęta pociech swych lub też szarpiącego się z wielkim workiem pełnym śmieci (tak, tak chociaż wydaje się to nieprawdopodobne….my także wyrzucamy śmieci…gotujemy…pierzemy… sprzątamy…Serio!!).
Wtedy już tylko widok belfra IDĄCEGO ULICĄ ( po prostu- idącego!!!) wywołać może interesujące(z punktu widzenia socjologa) reakcje .
Należy dodać, że sporo osób zapomina jakoby o pewnym znanym zjawisku optycznym -jeśli widzisz kogoś i rozpoznajesz-zwykle on widzi Ciebie…i rozpoznaje….W praktyce okazuje się to jednak nie do końca jasne.
Jako typowy belfer-obserwator- badacz…stwierdziłam, że reakcje uczniowskie podzielić można na kilka grup:
1 ) widzących - rozpoznających .Grupa ta należy do najbardziej bezproblemowych. Akcja rozgrywa się błyskawicznie. Uczeń dostrzega nauczyciela. Nauczyciel widzi ucznia. Wymieniają”Dzień dobry”. I koniec. Po sprawie.
2) niewidzących -rozpoznających . To moja ulubiona grupa.Sami siebie wbijają w stres, wiją się, czerwienią, a do tego prowokują kapitalne sytuacje...itd.
3)widzących - nie rozpoznających naprawdę przejeżdżasz na rowerze w
bejsbolówce i ciemnych okularach, a uczeń za nic nie ma prawa skojarzyć Cię ze sportem...., albo całe Zycie chodzisz w spodniach, a tu letnie, kwiecista kieca-uczeń nie ma żadnych szans.Co najlepsze-wtedy zachowuje się najbardziej naturalnie....więc często staje się kapitalnym okazem "do badań"
4)widzących nie rozpoznających pozornie wiją się jak ci z punkt a , ale często wpadają przez znajomych…którzy dyskretnymi pytaniami usiłują dociec , która to osoba dręczy ich przyjaciela od września do czerwca...
Powiem Wam coś w sekrecie.
Na ogół , nauczycielom jest naprawdę wszystko jedno czy uczeń się kłania czy nie.
To sprawa prywatna.
Także chyba kwestia nawyku. My-dinozaury-ukłony i pozdrowienia uważamy za tak naturalne, że aż niezauważalne-jak oddychanie....
Wy-młodziaki-przedstawiciele innego pokolenia nie przywiązujecie zwykle uwagi do sztywniackich konwenansów, przez co często dochodzi do dramatycznych nieomal sytuacji....
w których "Dzień dobry - pani procesor !"wystarczyłoby, żeby uciąć narastające napięcie.
To znaczy –mogłoby uciąć….gdyby w stosownym momencie zostało wyartykułowane…
Dość teorii.
Zamierzam teraz odnieść się do praktyki.Czyli tzw. przykładów z życia.Przykłady pochodzą oczywiście z wakacji .
Przykład pierwszy wiąże się z filmem na który wybrałam się ze znajomymi.
Akcja rozgrywa się w kinie.
Siedzimy w ostatnim rzędzie.
Ja i grupa moich znajomych.
Tuż przed zgaszeniem świateł i rozpoczęciem seansu wchodzi mój umiłowany wróg literatury polskiej – sympatyczny uczeń - dajmy na to Kazio (pseudonim zastosowałam, by uratować resztki uczniowskiego honoru).
Kazio odbezpiecza właśnie wielką pakę chipsów, które będzie chrupał przez pół filmu, więc zauważa mnie wtedy dopiero, gdy potyka się o moje (wygodnie ale niezbyt daleko :))) wyciągnięte nauczycielskie odnóża.
Wtedy Kazio rozpoznaje mnie , o czym świadczy fakt, że czerwienieje.
Ja , nauczyciel mile zaskoczony faktem, że uczeń wybrał film dość ambitny…..już, już uśmiecham się do niego….on jednak , w panice ,wykonuje zwrot i widzę, że już tylko jego plecy oraz uszy,
( które robią się coraz bardziej bordowe).
Ale to nie koniec.
Kazio bowiem brnie w swe niezręczności.
Zasiada wraz z przyjaciółmi oraz "kobietą swą" kilka rzędów przed nami…i tu zaczyna się prawdziwy spektakl.
Oczywiście nie mówię o filmie, który już od pewnego czasu trwa.
Mówię o Kaziu i jego ekipie, która ciągle jeszcze nie może się spokojnie usadowić.
Nasz drogi Kazio siedzi sztywny, sparaliżowany.
Nie reaguje niewdzięcznik na miłe gesty dziewczyny. Nie pogryza chipsów….aż tu nagle,nie zmieniając położenia czaszki, teatralnym szeptem mówi coś do swych kompanów.
Wtedy obiekt zainteresowania młodzieży przenosi się z ekranu na rząd ostatni.NA NAS!!!!
Kazio nadal sztywny , ale jakaś inna młodzieńcza głowina co chwilę odwraca się w naszą stronę
i świdruje – biednych, oślepionych i nicniewidzących ludzi w średnim wieku - wzrokiem pełnym , jak się domyślam , ciekawości badawczej (no, bo - czego innego?).
Najlepsze dopiero przed nami.
Żona mojego kolegi łatwo się wzrusza i płacze na filmach. Więc oczywiście- teraz także szlocha, hałasuje, zużywa masy chusteczek.
A tu z przednich rzędów dobiega syk : ”Ale któóóóóraaaaa? Ta co wyje, czy ta druga?” –syczy kobieta Kazia.
Kazio, nie odwracając głowy nawet o milimetr odpowiada, że” Ta czarna” .
Na to kobieta: „No ale któooooaaa? Obie są czarne!!!”
Finał: znajoma przestaje szlochać z powodu filmu i wyją oboje z mężem ze śmiechu.
Mimo wszystko nie opuszczamy kina, chociaż pewnie trzeba by było w tej sytuacji się ewakuować.
Przed napisami końcowymi Kazio -wraz z ekipa-znika.
Wniosek: oj , Kaziu, Kaziu….zmarnowałeś seans kinowy ośmiu osobom. Naraziłeś się na stres
i straty moralne.
Wystarczyło bąknąć nieśmiało „Dźńdbry”, a znajomym -o ile było to konieczne - powiedzieć później, że w sali kinowej straszył kaziowy nauczyciel.
Popraw się Kaziu!
Czasem jednak okazuje się, że sam Kazio wcale taki najbardziej stresujący jeszcze nie jest.Czasem -na przekór logice, jak to zwykle w życiu bywa....Kazio popada w tarapaty, pomimo-modelowego, wydawałoby się zachowania.
Okazuje się bowiem, że niewinne z pozoru "Dzńdybry pani procesor" może być początkiem lawiny niezręczności.
I to-niekoniecznie -ze strony Kaziulka.
Przykład drugi.Jedzonko.
Miejsce akcji:przemyska pizzeria.
Ja, moja familia.Pizza.Napoje.Niezdrowe jedzonko.
W drugim kacie , przy innym oblężonym stoliku -uczeń mój miły-Kazio. Z rodziną.
Rodzina jego, podobnie jak moja-zajada , gada, śmieje się....aż tu nagle, tuż po Kaziowym "Dzień dobry, pani procesor" - sytuacja rodem z ogrodu zoologicznego.
My-to małpeczki, oni-zwiedzający.
Kazio blady i czerwony na zmianę.
Rodzinka, zwłaszcza siostra Kazia, niczym zupełnie nieskrępowana- głośno komentuje .Mój wygląd.Piękne oczy mojego syna.Kolor mojego ubranka...
Kazio bliski wylewu.
Ja też.
Następnego dnia, w szkole-przeprasza za rodzinkę!!!
Wniosek:.....Cóż.Będzie dobrze Kaziu!Kiedyś.
Przykład trzeci:
Miejsce akcji :duży sklep z odzieżą.
Mnóstwo wielkich wieszaków-stojaków na kółkach.
Ja - marudzę , coś wybieram.Nagle napotykam spojrzenie ucznia.Uczeń cofa się na widok nauczyciela tak skutecznie, że wpada tyłem na ogromny wieszak z ubraniami. Przewraca go.Przewraca się na niego...Ludzie wyją ze śmiechu, podbiegają, aby go wyplątać z kłębowiska spodni....On leży.Nie może wstać. Patrzymy sonie w oczy i nagle słyszę ...."Dzień dobry!!!"
Wniosek:MOŻNA BYŁO TAK OD RAZU :))))
Przykład czwarty:
Siedzimy z synem z salonie fryzjerskim.
Uczeń,dorosły młodzieniec, siedzi na fotelu.
Dzielą nas dwa metry.
Seans nożyczkowy dopiero się rozpoczął.Musimy poczekać.Siadamy.
Spojrzenie ucznia co chwilę namierza nas w odbiciu lustrzanym.
I nic.
Uśmiecham się do zestresowanego biedaka-nie jest to na pewno dla niego sytuacja komfortowa....Belfer z potomstwem siedzi mu na karku .Obcy ludzie obserwują proces jego włosianej metamorfozy.
Uśmiecham się raz jeszcze.
Biedak-nic.
Kolor twarzy nabiera wprawdzie mocniejszych barw, ale on jak-kamień. Patrzy .
Czy powinnam ukłonić się dziewiętnastolatkowi pierwsza? Ja, starszawa kobieta, matka dzieciom...
Hmmm, hmmmm....Moja mama twierdzi, że kłania się pierwszy zawsze ten, lepiej wychowany, Ale jak to??? Jak to???!
Nie mogę , bo mnie się właśnie zebrało na wychowywanie.
Nic to, myślę.Pewnie dziecię się wstydzi.
Jak już wypięknieje pod ręka fryzjerską-przyzna się do belfra.
Nic bardziej naiwnego, belfrze drogi.
Młodzian -nowocześnie ostrzyżony-odchodzi w popłochu....
Wniosek:hmmmmm.....Brak wniosku.
Cóż.
Wygląda to jak skarga stetryczałej belferki spragnionej adoracji....
W rzeczywistości jest to jednak apel o coś innego....
Zbliżają się wakacje.
Znowu będę plątać się po różnych zakątkach miasta i jego okolic.
Nie tylko ja. Cały nasz ród nauczycielski.
Zwykle nie jest źle. Zazwyczaj spotkania oko w oko z uczniem-to zdarzenia miłe i sympatyczne.
Pamiętam, jak pewnego razu uczeń, obok którego domu przejeżdżałyśmy (ze znajomą na welocypedach!!!) NIE TYLKO NIE UCIEKł Z WRZASKIEM DO DOMU, ale- pomachał nam radośnie łapką, a potem , bez namysłu wskoczył na swój własny rower, dogonił nas i -o, cudzie-jakbyśmy były normalnymi ludźmi, a nie belfrzycami-potworkami- pokazał nam świetne miejsca w okolicy, którą zwiedzałyśmy.
Taaaaak.Przed nami WAKACJE. Wyjątkowy czas.
Dzieciaczki moje-zachęcam do zachowań normalnych i rozsądnych!
Wakacje, więc luz jest jak najbardziej na miejscu.
Bądźcie młodymi, wyluzowanymi, ale dobrze wychowanymi ludźmi.
No i ....nie bójcie się niespodziewanych spotkań z GRONEM.
Nie wpadajcie w popłoch. Wasze przerażenie wpędza mnie bowiem w.....przerażenie:))))
Życzę wspaniałych przygód.Niekoniecznie z nauczycielami w tle.