31.07.2007
Pomysł, żeby pisać belfrowskiego bloga wydaje się nieco szalony...Kto by chciał zagłębiać się w mroczne labirynty nauczycielskiej jaźni, kiedy tyle dziwnych ( i jakże ciekawych ) wydarzeń dookoła.Na dodatek, to wiedzą wszyscy, profesja moja jakoś dziwnie słabą ma akceptację wśród bliźnich.Niektórzy znajomi patrzą na mnie z politowaniem. Większość zastanawia się jak to w ogóle możliwe, żeby (dość ;D) młoda, wykształcona kobieta, żyjąca w XXI wieku zajmowała się czymś tak dziwaczny... jak nauczanie dorastających panien i młodych mężczyzn.Życzliwi traktują mnie jak osobę nie do końca zrównoważoną (tyle lat studiów... , za taaaaakie wynagrodzenie!?).Kiedy poznaję nowych ludzi i... w końcu pada nieuniknione pytanie o moje zajęcie -reakcja jest zazwyczaj podobna - salwa śmiechu i niedowierzanie. Pamiętam, jak instruktor (na kursie prawa jazdy) wyczytał z moich dokumentów, czym się zajmuję...Przez pół godziny odbijał sobie na mnie swoje szkolne frustracje...Musiałam uciekać na środku skrzyżowania z samochodu... trzeba było ratować zdrowie...Albo; jak, leżąc w szpitalu, usłyszałam od pielęgniarki;"Kto by powiedział! Taka pani miła i grzeczna...W życiu bym nie uwierzyła, że pani jest nauczycielką!"NIKT, naprawdę, nikt jeszcze nie zapytał mnie, dlaczego tak uparcie wydeptuję ścieżkę do naszej szkoły. Co mi daje ta praca? Dlaczego - mimo upływu lat nadal to robię? Myślę, że to nikogo nie obchodzi. Prawda jest taka, że większość ludzi ma koszmarne wspomnienia z lat szkolnych, a my "czynni nauczyciele" jesteśmy czymś w rodzaju... stęchłego powiewu z piekielnych czeluści.Kojarzymy się z upokorzeniem, stresem i innymi, równie paskudnymi, emocjami . Wiem, o czym mówię. Przecież kiedyś i ja siedziałam "po tamtej stronie biurka". Przyjaciele pytają mnie z troską, dlaczego nie uciekam ze szkoły do banku, do wojska, do firmy jakiejkolwiek...Przecież mogłabym.Faktycznie - mogłabym. Ale nie robię tego.Ja już od dawna wiem, gdzie moje miejsce. O tym, co daje mi "praca przy tablicy" wiedzą tylko moi najbliżsi. Myślę, że i oni jednak nie do końca wszystko rozumieją.Pomyślałam, że może ktoś, kto przedrze się przez moje nauczycielskie blogowynurzenia, chociaż w niewielkim stopniu pojmie, o co w tej zabawie - zwanej nauczaniem chodzi.Nie umiem dokładnie wytłumaczyć jak to jest być belfrem.To koktajl potwornie ciężkiej pracy (chociaż większość ludzi sądzi, że przychodzimy, pijemy sobie kawę, a biedni uczniowie sami zmagają się z materiałem), mnóstwa porażek, eksperymentów socjologiczno - psychologicznych, ale przede wszystkim-codziennych silnych emocji (nie zawsze pozytywnych, niestety). No i jeszcze mnóstwo niesamowitej satysfakcji. Takiej uskrzydlającej.Długo marudziłam z tym blogiem.Zamierzałam zacząć pisać go po feriach zimowych, potem po świętach wielkanocnych...Tematów jest mnóstwo!Dzisiaj jednak miałam zupełnie wyjątkowy dzień. Żegnaliśmy maturzystów.Niby nic. Przecież co roku to robimy. Ale... kiedy pojawiła się przede mną moja ukochana (inteligentna, zwariowana i okropnie zadziorna) klasa... serce nauczyciela ścisnęło się (jak tłum w autobusie o godz.15.00!!!)Zrozumiałam, że to naprawdę koniec.Kiedy zdawali egzaminy, błąkali się po szkole, można było jeszcze wmawiać sobie, że TO trwa...Ale dziś, kiedy przyszli (wystrojeni w garniturki, obcy nieco i dorośli jacyś) pożegnać się ze swoim polonistą...skołatany nauczycielski układ krwionośny zaczął szaleć.Na pożegnanie zostawiono mi pamiątkowy miks (częściowo rękodzieło) świadczące o tym, że te dzieciaki, które - nie wiadomo kiedy - zamieniły się w dorosłych ludzi, NAPRAWDĘ związały się ze sobą, szkołą i nauczycielami. Dostawałam różne prezenty.Od rodziny i znajomych. Jedne kosztowne, inne symboliczne... ale ta niespodzianka, którą dziś przygotowały moje dzikie chłopaki - to był prezent wyjątkowy. Raz jeszcze zademonstrowali swoje nietuzinkowe poczucie humoru, ale przede wszystkim (tym mnie rozłożyli na łopatki) pokazali , że znają mnie doskonale i - naprawdę - słuchali wszystkiego , co do nich mówię! (to dziwne, bo czasami odnosiłam wrażenie zupełnie przeciwne! cha, cha!).Stałam tak z nimi, bidulka, na naszym szkolnym korytarzu, pod moją ulubioną salą tortur (pracownia polonistyczna), uśmiechałam się od ucha do ucha i... myślałam tylko o tym, żeby jak najszybciej poszli...Dlaczego? Otóż ...Organizm mój (żeby nie powiedzieć "moje ciało pedagogiczne"). toczył walkę z niepokornym systemem kanalików łzowych. Gdybym zaczęła szlochać, mogłoby się wydać, że... mam serce.A to przecież niedopuszczalne. My, nauczyciele, musimy trzymać ten fakt w tajemnicy.. Wszak nauczyciel to zimny bezlitosny twór ! :) ;) ;)Mam nadzieję, że jakaś inna klasa wypełni dziurę w moim sercu.Albo przynajmniej ...zdenerwuje mnie tak, że - roztrzęsiona - przestanę wspominać niesamowite dzieciaki z IV Tm... Na razie: pozdrawiam Was Panowie. Życzę sukcesów!Mam nadzieję, że nie bardzo się zmienicie. No, może ...przydałoby się trochę więcej systematyczności .Pozdrawiam także serdecznie wszystkie inne "dzieciaki", które opuściły nas w tym roku. Bawcie się dobrze w dorosłym życiu.Wygląda na to, że właśnie, zupełnie niechcący, zaczęłam pisać ten blog! (ludzie mówią "pisać tego bloga").Cóż, w każdym razie ZACZĘŁAM.Może... uda mi się przekonać kogoś, że nauczyciel... też człowiek?
Pomysł, żeby pisać belfrowskiego bloga wydaje się nieco szalony...Kto by chciał zagłębiać się w mroczne labirynty nauczycielskiej jaźni, kiedy tyle dziwnych ( i jakże ciekawych ) wydarzeń dookoła.Na dodatek, to wiedzą wszyscy, profesja moja jakoś dziwnie słabą ma akceptację wśród bliźnich.Niektórzy znajomi patrzą na mnie z politowaniem. Większość zastanawia się jak to w ogóle możliwe, żeby (dość ;D) młoda, wykształcona kobieta, żyjąca w XXI wieku zajmowała się czymś tak dziwaczny... jak nauczanie dorastających panien i młodych mężczyzn.Życzliwi traktują mnie jak osobę nie do końca zrównoważoną (tyle lat studiów... , za taaaaakie wynagrodzenie!?).Kiedy poznaję nowych ludzi i... w końcu pada nieuniknione pytanie o moje zajęcie -reakcja jest zazwyczaj podobna - salwa śmiechu i niedowierzanie. Pamiętam, jak instruktor (na kursie prawa jazdy) wyczytał z moich dokumentów, czym się zajmuję...Przez pół godziny odbijał sobie na mnie swoje szkolne frustracje...Musiałam uciekać na środku skrzyżowania z samochodu... trzeba było ratować zdrowie...Albo; jak, leżąc w szpitalu, usłyszałam od pielęgniarki;"Kto by powiedział! Taka pani miła i grzeczna...W życiu bym nie uwierzyła, że pani jest nauczycielką!"NIKT, naprawdę, nikt jeszcze nie zapytał mnie, dlaczego tak uparcie wydeptuję ścieżkę do naszej szkoły. Co mi daje ta praca? Dlaczego - mimo upływu lat nadal to robię? Myślę, że to nikogo nie obchodzi. Prawda jest taka, że większość ludzi ma koszmarne wspomnienia z lat szkolnych, a my "czynni nauczyciele" jesteśmy czymś w rodzaju... stęchłego powiewu z piekielnych czeluści.Kojarzymy się z upokorzeniem, stresem i innymi, równie paskudnymi, emocjami . Wiem, o czym mówię. Przecież kiedyś i ja siedziałam "po tamtej stronie biurka". Przyjaciele pytają mnie z troską, dlaczego nie uciekam ze szkoły do banku, do wojska, do firmy jakiejkolwiek...Przecież mogłabym.Faktycznie - mogłabym. Ale nie robię tego.Ja już od dawna wiem, gdzie moje miejsce. O tym, co daje mi "praca przy tablicy" wiedzą tylko moi najbliżsi. Myślę, że i oni jednak nie do końca wszystko rozumieją.Pomyślałam, że może ktoś, kto przedrze się przez moje nauczycielskie blogowynurzenia, chociaż w niewielkim stopniu pojmie, o co w tej zabawie - zwanej nauczaniem chodzi.Nie umiem dokładnie wytłumaczyć jak to jest być belfrem.To koktajl potwornie ciężkiej pracy (chociaż większość ludzi sądzi, że przychodzimy, pijemy sobie kawę, a biedni uczniowie sami zmagają się z materiałem), mnóstwa porażek, eksperymentów socjologiczno - psychologicznych, ale przede wszystkim-codziennych silnych emocji (nie zawsze pozytywnych, niestety). No i jeszcze mnóstwo niesamowitej satysfakcji. Takiej uskrzydlającej.Długo marudziłam z tym blogiem.Zamierzałam zacząć pisać go po feriach zimowych, potem po świętach wielkanocnych...Tematów jest mnóstwo!Dzisiaj jednak miałam zupełnie wyjątkowy dzień. Żegnaliśmy maturzystów.Niby nic. Przecież co roku to robimy. Ale... kiedy pojawiła się przede mną moja ukochana (inteligentna, zwariowana i okropnie zadziorna) klasa... serce nauczyciela ścisnęło się (jak tłum w autobusie o godz.15.00!!!)Zrozumiałam, że to naprawdę koniec.Kiedy zdawali egzaminy, błąkali się po szkole, można było jeszcze wmawiać sobie, że TO trwa...Ale dziś, kiedy przyszli (wystrojeni w garniturki, obcy nieco i dorośli jacyś) pożegnać się ze swoim polonistą...skołatany nauczycielski układ krwionośny zaczął szaleć.Na pożegnanie zostawiono mi pamiątkowy miks (częściowo rękodzieło) świadczące o tym, że te dzieciaki, które - nie wiadomo kiedy - zamieniły się w dorosłych ludzi, NAPRAWDĘ związały się ze sobą, szkołą i nauczycielami. Dostawałam różne prezenty.Od rodziny i znajomych. Jedne kosztowne, inne symboliczne... ale ta niespodzianka, którą dziś przygotowały moje dzikie chłopaki - to był prezent wyjątkowy. Raz jeszcze zademonstrowali swoje nietuzinkowe poczucie humoru, ale przede wszystkim (tym mnie rozłożyli na łopatki) pokazali , że znają mnie doskonale i - naprawdę - słuchali wszystkiego , co do nich mówię! (to dziwne, bo czasami odnosiłam wrażenie zupełnie przeciwne! cha, cha!).Stałam tak z nimi, bidulka, na naszym szkolnym korytarzu, pod moją ulubioną salą tortur (pracownia polonistyczna), uśmiechałam się od ucha do ucha i... myślałam tylko o tym, żeby jak najszybciej poszli...Dlaczego? Otóż ...Organizm mój (żeby nie powiedzieć "moje ciało pedagogiczne"). toczył walkę z niepokornym systemem kanalików łzowych. Gdybym zaczęła szlochać, mogłoby się wydać, że... mam serce.A to przecież niedopuszczalne. My, nauczyciele, musimy trzymać ten fakt w tajemnicy.. Wszak nauczyciel to zimny bezlitosny twór ! :) ;) ;)Mam nadzieję, że jakaś inna klasa wypełni dziurę w moim sercu.Albo przynajmniej ...zdenerwuje mnie tak, że - roztrzęsiona - przestanę wspominać niesamowite dzieciaki z IV Tm... Na razie: pozdrawiam Was Panowie. Życzę sukcesów!Mam nadzieję, że nie bardzo się zmienicie. No, może ...przydałoby się trochę więcej systematyczności .Pozdrawiam także serdecznie wszystkie inne "dzieciaki", które opuściły nas w tym roku. Bawcie się dobrze w dorosłym życiu.Wygląda na to, że właśnie, zupełnie niechcący, zaczęłam pisać ten blog! (ludzie mówią "pisać tego bloga").Cóż, w każdym razie ZACZĘŁAM.Może... uda mi się przekonać kogoś, że nauczyciel... też człowiek?