Pewnego razu wracałam sobie spokojnie z pracy, powłócząc jak zwykle ze zmęczenia nogami (Cha, cha, cha, to żart! Zwykle nie jest aż tak źle), kiedy na swojej drodze, od dziesięciu (z górą) lat pracowicie wydeptanej nauczycielskimi stopami, napotkałam ucznia...I to nie ucznia byłego, ale ucznia własnego.
Uczeń ów, ku mojej radości, nie doznał na mój widok paraliżu, ani też nie zaczął uciekać w popłochu, ale ZWYCZJNIE, GRZECZNIE, BEZSTRESOWO..... powiedział :
"Dzień dobry!". Następnie rozpoczął pogawędkę.
Zaczęło się od tematów tak zwanych "ogólnych".Kiedy jednak poruszyliśmy (wydawałoby się bezpieczny) wątek hobby... rozmowa przybrała obrót dla mnie zaskakujący.
Oto miły, dobrze wychowany człowiek opowiedział mi o swojej pasji - -umiłowaniu muzyki, zwłaszcza jednego , niezbyt popularnego instrumentu.Opowiedział też o tym, jak wygląda życie codzienne młodego człowieka kształcącego się w dwóch szkołach jednoczenie.A także o tym, jaką satysfakcję daje mu doskonalenie gry na jego ukochanym instrumencie. Itd. Itp.
Właściwie byłby to dla mnie bardzo miły i budujący powrót z pracy do domu, gdyby nie... zakończenie tej historii. Otóż - rozmówca mój muzykalny - postanowił opanować grę na instrumencie nieco mniej typowym niż fortepian czy skrzypce. Konsekwencją tego wyboru był fakt uczestnictwa w zajęciach prowadzonych przez jedynego w mieście nauczyciela - specjalistę.
Zamiast puchnąć z dumy, słuchając o sukcesach swojego ucznia... zapoznałam się z ponurą historyjką o tym, jak niewrażliwy belfer-potwór zraził młodego człowieka do jego pasji. Co gorsze - spowodował, że chłopiec, pokonawszy znaczną część wspinaczki po szczeblach edukacji muzycznej, stojący niemal o krok od uzyskania świadectwa potwierdzającego jego umiejętności... rzucił szkołę, nie mogąc znieść współpracy ze swoim nauczycielem.
To nie był miły i spokojny powrót do domu.
Wieczorem nie mogłam skupić się na półmetrowym stosie klasówek, które czekały bidulki na czerwony długopis.
Ogarnęło mnie dziwaczne uczucie paniki. Zaczęłam się zastanawiać nad liczbą osób, które w moim mieście, w moim kraju... albo jeszcze gdzieś dalej - rzuciły swoje hobby, swoją pasję, przestały wierzyć we własne możliwości, albo wierzyć w sens ich realizacji... tylko dlatego, że nauczyciel trafił im się NIE TEN.
Nie ten cierpliwy.
Nie ten mądry.
Nie ten życzliwy.
Nie ten zaangażowany.
Nie ten z powołaniem.
Nie ten sprawiedliwy...... Tylko taki właśnie, który zdeptał, ośmieszył, złamał, albo zwyczajnie (żeby nie było tak dramatycznie) - po prostu nie zauważył potencjału, nie miał pomysłu, czasu albo ochoty......
Atak paniki wzmagał się.
Uświadomiłam sobie bowiem, że przecież i ja sama - nie tak dawno- wepchnęłam własne dziecko w szpony edukacji...
Co będzie, jeżeli i ono trafi w przyszłości (na razie jest dobrze) na NIE TEGO nauczyciela?!!!
Co, jeżeli i w moich dzieciach NIE TEN nauczyciel włączy blokadę i sprawi, że przestaną walczyć o siebie (albo o cokolwiek)?
Mój uzdolniony uczeń gra sobie teraz dla przyjemności, ale nigdy nie pogłębi swojej pasji, nie stanie się profesjonalistą z dyplomem.
Co najwyżej - będzie fenomenalnym amatorem, ale to dzisiaj trochę za mało.
Uświadomiłam sobie także jeszcze inną rzecz.
Taką mianowicie, że my - nauczyciele - pomimo panującego powszechnie poglądu o naszym minimalnym wymiarze godzin pracy, nieustającym festiwalu dni wolnych - ferii, świąt i wakacji oraz zerowej niemal odpowiedzialności... mamy jednak niezwykłe zadanie.
I ogromną ( tak !!!) odpowiedzialność.
Zawsze z szacunkiem myślałam o tym, czym zajmują się moi najbliżsi znajomi.
Większość z nich zdecydowała się na studia medyczne.
Dziś - dzień w dzień - walczą o czyjeś życie, usuwają ludziom chore organy(błłłeee), naprawiają ich psychikę albo wyciągają ze stanu przedzawałowego.
Nigdy nie ośmieliłam się dyskutować z nimi, lekarzami, na temat odpowiedzialności zawodowej.
Wręcz przeciwnie - czułam, że mam jednak znacznie większy komfort pracy niż przeciętny lekarz pierwszego kontaktu, nie mówiąc o chirurgu czy psychiatrze.
Jednak wtedy, po rozmowie z niedoszłym muzykiem, uświadomiłam sobie coś, co tak naprawdę dobrze wiem od dawna.
To niestety my - nauczyciele - mamy wpływ na to, kto będzie pacjentem kardiologa, kto nabawi się wrzodów dwunastnicy... a kto ... spokojnie przejdzie przez życie - krok po kroczku realizując swoje kolejne marzenia. Małe czy duże? Nieważne.Dziwna ta nasza praca. Wymaga nie tylko jakiejś konkretnej wiedzy, ale przede wszystkim - niezwykłej delikatności.
Prawie jak praca sapera.
Wystarczy, że zachowasz się jak NIE TEN i...BUUUM!
Koniec.
Jedno marzenie leży w gruzach.
Na szczęście czarne wizje szybko odeszły.
Sen jest dla wymęczonego belfra świetnym lekiem na wszystko.
Tylko klasówki same się nie poprawiły.
Ale to nie koniec tej historyjki.
Następnego dnia miałam okienko. Dla niewtajemniczonych: OKIENKO to 45-cio minutowa wyrwa w lekcjach. Niby świetna rzecz- dłuuuga przerwa. Ale do domu idziesz o godzinę później.
Rzecz gustu.
Okienko to okienko. Kawa i stos klasówek, albo grzebanie w jakimś dzienniku.
Klasyka.
Tym razem jednak było inaczej. Jedna z koleżanek (też "zokienkowana") miała ochotę na pogaduchy. I oto, poznałam kolejną ponurą historyjkę. Upiorne wspomnienia dorosłej kobiety, nauczycielki (!!!) związane
z ...lekcją języka polskiego.
Od czasu naszego, mojego i jej, egzaminu maturalnego upłynęło już sporo lat, a jednak dziewczyna, relacjonując mi swoje przejścia z uznaną (kiedyś) przemyską polonistką w roli głównej ...wyraźnie się zdenerwowała.
To był dla mnie spory jak to mawia młodzież "ZASKOK".
Pani profesor słynie bowiem z rzeczowości i opanowania...a tu ...nerwy w rozsypce. W strzępach.
Niesamowite .
Po raz drugi w tym samym tygodniu przydarzyło mi się to samo.
Klasyczne deja wu.
Kolejna opowiastka o beznadziejności i bezsilności - wywołanych zachowaniem tego, kto wychowuje w zastępstwie rodziców, wspiera w zastępstwie przyjaciół, zapala i budzi wiarę we własne możliwości, bo taką ma specyfikę pracy.
A tu co ?
Natychmiast przypomniały mi się dreszczowce z moich lat szkolnych.
To szkole średniej zawdzięczam początki nerwicy wywołane bezsensownymi, sadystycznymi zapędami niektórych nauczycieli.
Czasem , kiedy pomyślę, że stoimy dziś razem, po tej samej stronie... wstydzę się za niektórych (pozdrawiam, He, He, He).Narzekać jednak nie mogę.
Miałam to szczęście, że trafiłam na wychowawcę, który łapał w lot potrzeby i stany ducha takich jak ja.Raz nawet (to było spektakularne ) stanął po mojej stronie ...przeciwko innemu nauczycielowi!!!! Serio.
Mnie się udało.
Ale nie wszyscy mają ten komfort...
Żal mi ucznia, który obronił się przed belfrem - rzucając hobby.
Może jednak postąpił słusznie?
Uratował przecież własny system nerwowy i resztki godności.
To przecież sporo.
Poruszyło mnie także koleżanki. To niesamowite, jaką siłę mają wspomnienia szkolne. Dorosła kobieta... drży opowiadając o poniżającym zachowaniu nauczyciela...
Jedno jest pewne.
Oprócz katowania uczniów sprawdzianami i bombardowania wiadomościami - naszym bojowym , kluczowym, podstawowym zadaniem jest przede wszystkim - wspierać i motywować.. Właściwie jest to ujęte w podstawie programowej i innych ładnych dokumentach, ale jak wygląda w praktyce, w zwykłym szkolnym codziennym życiu?....Wiem jedno.
Jeśli Kazio zapomni, czym jest archaizacja, pewnie szybko odnajdzie tą istotną informację w słowniku lub ( prędzej zapewne )w sieci.Upokorzenia, których dozna Kazio w domu , przełknie zapewne z czasem -wiadomo, więzy rodzinne...
Jeśli kumple z podwórka skrzywdzą Kazia, Kazio się zmieni lub zmieni kumpli.
Jednak upokorzenia, których doświadcza się na oczach własnych kolegów
z klasy ( klasy i szkoły już nie zmienia się tak łatwo) lub, co gorsza, jakiejś wyjątkowo Kaziowi miłej koleżanki to...to już zupełnie inny kaliber krzywd.
Bo na szkołę Kazio jest skazany.Jeżeli w szkole, biedak, zapomni ( przy "pomocy" nauczyciela), że jest Kaziem wartościowym... i zapomni, że w przyszłości z pewnością mógłby wiele osiągnąć...oj, oj, będzie kiepsko.
Zwykle, kiedy coś mnie mocno poruszy, atakuje mnie wieczorową porą malutka, pokraczna, ale bardzo napastliwa wena twórcza. Tak było i tym razem. Może nawet ładnie z jej strony, bo naprawdę nie wiedziałam jak zakończyć tą historię.
Co właściwie powinnam napisać? Truizmy jakieś rozwijać?
Że mamy wpierać i motywować? Łeeee...
Niech sobie przemówi moja mała wena.. Powie to samo, a nie tak patetycznie. Dodam jeszcze, że nasz wierszyk - mój i weny- dedykuję jednej z moich pań profesor i jednej z moich koleżanek. A także wszystkim Kaziom. Żeby nie zwątpili w siebie.
MOTYWACJA
MOTYWACJA JEST JAK ZDROWIE.
TAKI CZART,ŻE GDY STRACISZ MOTYWACJĘ -
- COŚ JEST WART?
MOTYWACJA JEST JAK WICHER,W ŻAGLACH WIATR.
KIEDY STRACISZ MOTYWAJĘ -
-BLEDNIE ŚWIAT.
GDY ZABIJĄ MOTYWACJĘ W SERCU TWYM
WSZYSTKIE PLANY I MARZENIA-
- PROCH I DYM.
IDZIESZ DALEJ SWOJĄ DROGĄ,
JESZ I ŚPISZ...
LECZ GDY NIE MASZ MOTYWACJI -
- W MIEJSCU TKWISZ.
A teraz czas na sprawdziany. Stęskniły się biedactwa.
28.01.2008